Nasze pokręcone ścieżki.

Nasze pokręcone ścieżki.

Właśnie mija tydzień jak wyruszyliśmy w drogę powrotną z Kostaryki do kraju. Przyznaję – powrót do polskiej rzeczywistości nie był najprzyjemniejszy i gdyby ktoś zafundował nam teraz lot do San Jose długo byśmy się nie zastanawiali. Niecałe trzy tygodnie tam spędzone było tak intensywne, że przywieźliśmy ze sobą mnóstwo wrażeń i różnych historii. Nie sposób tego wszystkiego opisać, dlatego opowiem Wam nieco o miejscach, które udało nam się zobaczyć, naszych doświadczeniach i dużym uczuciu jakim darzymy Kostarykę, która zauroczyła nas kompletnie. Zacznę zatem od początku – czyli kierunek Manuel Antonio.

San Jose

Taksówki w San Jose.

Na kostarykańskiej ziemi postawiliśmy stopę 2 lutego jakoś po godzinie 22. Taksówką udaliśmy się do wcześniej zarezerwowanego lokum i padliśmy spać. Wczesnym rankiem pobudka bo przygoda wzywa. Naszym planem na ten dzień było zdobycie wulkanu Irazu jednak gdy dotarliśmy na przystanek okazało się, że jedyny autobus w tym kierunku już odjechał. Nie zastanawiając się długo obraliśmy nowy cel – Manuel Antonio. I zaczęło się! Schodziliśmy pół miasta szukając dworca, z którego odjeżdza nasz autobus, napotkani ludzie wskazywali różne miejsca więc byliśmy dość zdezorientowani. Ostatecznie taksówka rozwiązała sprawę i niebawem już siedzieliśmy wygodnie w drodze do jednej  z najpiękniejszych plaż świata. Całe szczęście w połowie drogi autobus miał przerwę żeby coś zjeść na spokojnie, czy skorzystać z toalety. Zaopatrzyliśmy się zatem w coś do picia i owocki na podróż.

m9

Przystanek.

Przemieszczając się coraz dalej i dalej, przyklejona do szyby raz po raz wzdychałam podziwiając widoki. Po południu byliśmy już na plaży, razem z plecakami zajęliśmy miejsce pod palmą, a chłopaki dosłownie wskoczyli do oceanu! Potem przyszła kolej na mnie ;)

m12

Ocean run!

Zamykająca się fala.

Zamykająca się fala.

m13

Widok na miasteczko Manuel Antonio.

m3

Szukamy noclegu.

Ocean po raz pierwszy – czysta ‚Pura Vida’! Cudowne doświadczenie ciepła, nadciągająch  i załamujących się fal, ogromna siła i szacunek do niej. Jeśli nie zdążysz przed taką falą potrafi cię dosłownie zmielić i wypluć – o czym szybko się przekonałam :D. Maiski od razu bawił się w bodysurfing i instruował nas jak śmigać na falach. Normalnie jak dzieci – nie mogliśmy się nacieszyć i wyjść na brzeg. Wygonił nas stamtąd głód i szukanie noclegu. Okazało się, że to jedna z najdroższych turystycznych miejscowości w Kostaryce, choć samo miasteczko było spokojne, nieduże i w niczym nie przypominające europejskich kurortów. Wieczorem, najedzeni i zameldowani w hostelu wróciliśmy na plażę. Czy do szczęścia potrzeba coś więcej? :)    c. d. n.

m6