Być na Kostaryce i nie zobaczyć choć jednego wulkanu to grzech! Niektóre z nich są nadal aktywne jak właśnie nasz Arenal. Poza tym ma on charakterystyczny, perfekcyjnie stożkowaty kształt więc zbiżając się do niego z wolna autobusem wiedzieliśmy, że jesteśmy na dobrej drodze.

kid

Sielanka.

La Fortuna to miasteczko sąsiadujące z tym jegomościem i właśnie tam był nasz punkt wypadowy. Jako, że dotarliśmy tam już po południu odłożyliśmy wulkan na kolejny dzień. Nasi gospodarze tymczasem polecili nam kilka miejsc, które warto było odwiedzić w okolicy. Zjedliśmy zatem obowiązkowe casado i ruszylismy w teren. Podążając za instrukcjami dotarliśmy nad rzekę, marząc o kąpieli rzucilismy się w jej toń. A tu niespodzianka! Woda choć nie zimna to jednak dużo odbiegająca od tej w oceanie. Maiski trochę marudził, ja mimo wszystko się zanurzyłam. Przy okazji obserwowałam jak miejscowi mistrzowsko opanowali sztukę skoków do wody.

skok

Tico style!

Czas miło płynął, a czekał na nas jeszcze wodospad. Nie spiesząc się i podziwiając wszystko wokoło zmierzaliśmy w jego stronę. A było tego jakoś pięć kilometrów!

koliber

Koliberek.

kolorki

Jak malowane.

krowa

Muuu..

Dosłownie rzutem na taśmę udało nam się wejść do rezerwatu gdzie znajdował się wodospad La Fortuna. Gdy tylko byliśmy na miejscu od razu trzeba było wskakiwać do wody! I znów smuteczek bo woda zimna brrr… ale widok i samo przeżycie rekompensują ten mały dyskomfort cieplny.

wodo

Całe szczęście w tą stronę było w dół.

wodo2

Ostatni śmiałkowie ;)

Wracając do hostelu przypomniał nam o sobie Arenal, który ni z tego ni z owego zaczał sobie dymić.

dymek

Zmęczeni i głodni wybralismy się na szybkie zakupy, a w hostelowej kuchni urządziliśmy sobie małą ucztę za nasze trudy.

papu

Papu na dobranoc.