Wyobraź sobie, że wszędzie jest mokro, a porywisty wiatr i spływająca wodą twarz, wzmagają tylko odczucie, że mimo iż deszcz nie pada, to wszystko wygląda tak, jak gdyby trwała tu niekończąca się ulewa.

Monteverde i leżąca u podnóża tejże Zielonej Góry Santa Elena, to bardzo ciekawy, specyficzny i niezwykle malowniczy skrawek kostarykańskiej ziemi. Najwyższe fragmenty ulokowanego tu Narodowego Parku Strefy Chmur sięgają przeszło 1700 m n.p.m.

Widoki

Widoki

Do tego bardzo górzystego zakamarka Kostaryki dotarliśmy po kilku dniach spędzonych w okolicach miejscowości La Fortuna. Wstępny plan zakładał 2 noclegi w Santa Elena z opcją przedłużenia naszego pobytu o następnych kilka dni, tym bardziej, że w naszych zamierzeniach, oprócz dogłębnej eksploracji Monteverde, był jeszcze Rezerwat Curi Cancha, no i szaleństwa canopy-tour!

Jednak aura dość szybko postanowiła zweryfikować nasze działania…

Grzybki jak w Bieszczadach

Grzybki jak w Bieszczadach

Pierwsza noc bardziej przypominała rozpaczliwe próby zmrużenia oka w wysokogórskim schronisku, gdzieś pod Mont Blanc, aniżeli czas odpoczynku w przyjemnym pokoiku, hostelu zlokalizowanego w centrum turystycznego miasteczka! Jeśli udało się choć na chwilę zasnąć, to zaraz ze snu wyrywał nas przeraźliwy skowyt wiatru, który w wielkiej zawziętości co rusz próbował zerwać blachę z naszego dachu.

Park Monteverde, to dla mnie, powrót w znajome strony. Drzewa jak stały 8 lat temu, tak trwały i tym razem, ogromne, niewzruszone i porośnięte kilkudziesięcioma innymi gatunkami roślin! Niezły odjazd! Ogromna wilgotność tego obszaru sprawia, że znajdziesz tu nieprzebrane ilości wszelakich storczyków, porostów i roślin, które trudno nawet nazwać i zidentyfikować.

Drzewo wraz z kompanami

Drzewo wraz z kompanami

Coś :)

Coś :)

Po kilku godzinach spędzonych w Parku Strefy Chmur, ruszyliśmy do Curi Cancha. Jakieś 200 m n.p.m niżej niż słynne Monteverde i od razu trochę inny, choć wciąż i tak bardzo wilgotny klimat. Ciekawe miejsce, zdecydowanie warte odwiedzenia, tym bardziej, że właściciele kierują się zgoła odmienną filozofią niż konkurencja, przyjmując maksymalnie 50 odwiedzających w ciągu dnia! Dzięki temu, w rezerwacie jest bardzo spokojnie i bezludnie, co zwiększa szansę na spotkanie jakiegoś dzikiego zwierza.

Nie lada atrakcją Curi Chancha jest koliberkowy raj, czyli kilka paśników zawieszonych na konarach rozłożystego drzewa. Można się w tym miejscu po prostu zatracić!

Koliberek przy paśniku w Curi Cancha

Koliberek przy paśniku w Curi Cancha

Do tego specjalna ścieżka, na której dość łatwo wypatrzeć jest Morpho menelaus!

Po prostu Morpho!

Po prostu Morpho!

A co z canopy-tour? Cóż, porywisty wiatr, i niskie temperatury (czyli w okolicach 18 stopni C – na plusie!) skutecznie nas od tej atrakcji odwiodły… maybe next time babe!

Brak dodatkowej adrenaliny szybko powetowaliśmy wizytą w wegańskiej miejscówce, gdzie serwowano naprawdę fantastyczne jedzonko!

Eden

Eden

Dziwna i pokręcona aura sprawiła, że gdy upłynął nasz czas, czem prędzej szukaliśmy drogi ucieczki z macek Góry w chmurach zaklętej!

Ucieczka!

Ucieczka!