Wszystko na to wskazuje, że mamy nowego domownika! A gwoli ścisłości – domowniczkę, która zdążyła już dostać imię – Shanti. Oznacza to, co następuje (cytat za Wikipedią):

Shanti, Santhi or Shanthi (from Sanskrit शान्तिः śāntiḥ; √ शम śam: ‘be calm’) means peace, rest, calmness, tranquility, or bliss.

Niedzielnym, śnieżnym popołudniem zawitała całkiem nieoczekiwanie na nasze włości. Wystraszona, zagubiona, brudna i co tu owijać w bawełnę – śmierdząca! Podobno wcześniej kręciła się koło naszych sąsiadów, ale bała się podejść, dlatego sąsiad od razu przyniósł dla niej karmę. Suczka miała na sobie jedynie grubą obrożę i wyglądało na to, że była trzymana na łańcuchu. Od razu wydało nam się to dziwne bo to husky. Zatem to raczej niemożliwe aby ktoś brał takiego psa z myślą o pilnowaniu domostwa. Wysnuliśmy teorię, że ktoś musiał ją wyrzucić, a potem ktoś inny ją przygarnął we wsi i wylądowała ostatecznie w budzie. Młoda reaguje na komendy  siad czy łapa, co może potwierdzać nasze przypuszczenia. Puściliśmy wieści o zgubie – może ktoś szuka, coś wie? Cisza…

shanti

I co tu robić? Nie chcieliśmy mieć na razie zwierząt bo to ogromna odpowiedzialność, a my często jesteśmy w rozjazdach i nie mamy nikogo w pobliżu kto by się zajął takim ziomkiem. Myśleliśmy, myśleliśmy… a sunia czekała na decyzję jak na wyrok. I co? Nie ma opcji żeby ją oddać! Ile można przechodzić z rąk do rąk! Śmierdziel zostaje z nami.

Żeby nie było jutro zabieramy ją do psiego salonu piękności, bo to był pierwszy wolny termin. A tymczasem psina się powoli u nas zadamawia, musi lubić nasze towarzystwo bo łazi za nami krok w krok i jest tak spokojna, że to aż podejrzane. Łypie tylko swoimi pięknymi, błękitnymi oczętami za pieszczotami. Jakoś to będzie, we trójkę zawsze raźniej!