Jeszcze jakieś kilka lat wstecz, zanim przeprowadziliśmy się na podkarpacie Rzeszów był dla mnie jedynie punktem odniesienia w drodze w Bieszczady. Z tego co zawsze udawało mi się zobaczyć z okna samochodu to niczym nie wyróżniająca się architektura miasta, budująca się galeria handlowa i słynny Pomnik Czynu Rewolucyjnego, kojarzący się bardziej (z racji wyglądu) z delikatnie to ujmując – ‘piczką’.

pomnik-640x426

fot. rzeszow-news.pl

Co się zmieniło od tamtych czasów? Cóż, w stolicy podkarpacia bywamy od czasu do czasu powoli odkrywając to miasto na nowo, ale nie mam tu zamiaru pisać pochwalnych peanów  bo najzwyczajniej w świecie jeszcze za mało poznałam Rzeszów ale muszę przyznać, że warto mu poświecić uwagę. Chcę natomiast napisać, że Rzeszów ma dwie bardzo dobre wegańskie knajpy, które zawsze są stałym programem każdej wycieczki. Istniejąca nieco dłużej restauracja Magiczne Smaki znajdującą się niedaleko galerii Millenium Hall, druga to Vegus Bar na ulicy Jagiellońskiej. Tak się złożyło, że właśnie wczoraj zachaczyliśmy o Vegusa zabierając tam teściów przy okazji wspólnego wyjazdu.

vegus

Sam lokal, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz, nie powala jakoś specjalnie. To czego można się jeszcze doczepić to mało miejsca, tym bardziej, że za każdym razem gdy jesteśmy prawie wszystkie stoliki są zajęte. Poza tym jest sympatycznie i smakowo, zwłaszcza gdy witrynka kusi na dzień dobry różnymi słodkościami. W Vegusie można zjeść coś a’la domowego np. pierogi orkiszowe, spróbować czegoś orientalnego jak np. curry dyniowe albo wziąć fastfooda np. burgera. O ciastach nawet nie wspomnę bo po prostu niebo w gębie!

veg

Porządnie najedzeni ruszyliśmy dalej w miasto. Jedni na mecz Asseco Resovii, inni (czyli my) do kina. Wybór filmów był akurat średni i koniec końców wylądowaliśmy na Spectre, czyli nowej odsłonie Bonda. Osobiście nie jestem fanką ani agenta 007, ani Craig’a, tym bardziej kina tego typu. Można zatem obejrzeć jeśli akurat nie mamy co ze sobą zrobić, ale żeby poczuć jakieś emocje – niekoniecznie. Tym bardziej dziwi mnie sukces tego filmu, który bazuje już chyba tylko na pewnego rodzaju tradycji, że Bond to ‘lektura obowiązkowa’. Podsumowując – Bond to był błąd! Jedyne co na dłużej utknęło mi z tego filmu to sceny z miasta Tanger i pociągu przemierzającego pustynię gdzieś w Maroko, w którym wciąż widać było klimat przeszłej epoki. Może następnym razem będzie lepiej…